„— Czy pan zawsze tak jeździ — spytał Leon.
— Zawsze...
Jegomość, zatrąbiwszy klaksonem i wciąż nie zwalniając biegu, pogrążył się w wąską uliczkę Karasia. Jeszcze mgnienie, szelest opon i oto wóz skamieniał przed Teatrem Polskim. Koszula wydęła się po raz ostatni na piersi młodego blondyna i opadła, przylgnąwszy do niej. Był dobrze zbudowany, ale zasadniczo była to pierś jak każda inna, ani zanadto atletyczna, ani zanadto wątła. Tylko że...
...Tylko że po kilku zaledwie latach od tej lipcowej nocy została ona przecięta wpół serią z niemieckiego cekaemu, kiedy to w mundurze porucznika i w hełmie ów młody blondyn jechał wojskowym wozem gdzieś w północnej części kraju. Ale skądże by takie rzeczy z przyszłości mogły tej nocy komuś się przyśnić.
—Hej, dokąd idziesz Czy będziesz w „Adrii" — zakrzyknął teraz nagle, wychyliwszy się z auta. Jakiś pan akurat mijał wejście teatru. Posłyszawszy wołania, spojrzał w ich stronę i pomachał dłonią.
— Będę, ale dopiero po pierwszej — odkrzyknął.
— No to pa!...
Przechodzień znikł za rogiem, natomiast młody blondyn nachylił się do ucha Wachickiego.
— Czy wie pan, kto to był... Nigdy pan nie zgadnie. To jeden z tych, co to mnie bili...
Leon atoli bardzo się śpieszył. Zresztą kto kogo bił — nic nie rozumiał. Co go mogły obchodzić pijackie burdy, zwłaszcza w tej... zwłaszcza w takiej chwili. — Dziękuję — rzekł wysiadając z wozu. — Nie mam czasu, pan rozumie... — Do widzenia, życzę pani zdrowia!... — Ujrzał wyciągniętą dłoń w białym rękawie i z sygnetem na palcu. Uścisnął ją. — Jestem Tadeusz Dołęga Mostowicz, bardzo mi miło. A pan — posłyszał.“(5)
programy lojalnościowe |kolumny dekoracyjne |słupki